14.5.12

Majówka z niesmakiem :)


Pamiętam jak przed wyjazdem, Basia z Kulinarnej Mekki życzyła mi kulinarnych wrażeń.
Owszem, były. Niecodzienne... Niepojęte nawet…

Liczycie na wystawne menu rodem z najlepszych restauracji? Długie soczyste opisy frykasów, które trafiają na talerze wybrańców? A może spodziewacie się pochwały klasyki w prostym, ale mistrzowskim wydaniu?

Nic z tych rzeczy! Bo tym razem drodzy, dla odmiany, trafiłam do gastronomicznego piekła! Poznałam smak dań upadłych i mimo woli, sięgnęłam kulinarnego dna.
Jak wygląda miejsce zapomniane przez bogów gastronomii, opuszczone przez dobre chęci, strącone do lochów mrożonek
i niesmaku?
To hotelowa kuchnia w przybytkach dla mas. To gastronomiczne zaplecze nadmorskich molochów, które bezwstydnie wydają na świat swoje brzydkie dzieci…

Po pierwszym szoku zetknięcia się z tym co niejadalne, spróbowałam przekuć pogardę w lekcję i naukę.
Początkowa odraza z czasem przerodziła się w niezdrową ciekawość.
Czy naprawdę nikt tu nie potrafi ugotować ziemniaków do miękkości? Czy budyń musi udawać beszamel? Czy przyzwoita konsystencja klusek przekracza tutejsze możliwości? Czy można wykonywać swoją pracę aż tak źle i mimo to mieć rano ochotę wstawać z łóżka? Wszystkie odpowiedzi były twierdzące…
Przyszła pora na szukanie tego co zgubione za bramą królestwa wstrętności…

Czwartego dnia dotarliśmy do Blue Hole w zatoce Akaba, około 10 km od Dahabu. To jedno z najwspanialszych na świecie miejsc do nurkowania, a przy okazji najniebezpieczniejszych. Naturalna gigantyczna studnia zaledwie kilka kroków od brzegu... ponad 100 m głębokości i ponad 40 nurków, dla których była to ostatnia wyprawa pod wodę...
Dla takiego szczura lądowego jak ja, samo patrzenie w dół z pomostu wywoływało niekontrolowane poty :)
Żółtodziobów i turystów widać na kilometr. Na pierwszy rzut oka różni ich kolor. Stali bywalcy owiani mgiełką wesołego dymu zalegają w zacienionych kątach knajpek i są bladzi jak ściany.
Opalony nurek to d**a nie nurek :)

Z tego wszystkiego zrobiliśmy się głodni. Może tu dają coś, co można nazwać „posiłkiem”. Stara zasada jedzenia z tubylcami sprawdziła się i tym razem. Mielona baranina kipiała od przypraw, duszone z fasolą i pomidorami ziemniaki były idealne, ryż, kluski, smażona makrela…

Na drzewo z białymi talerzami, serwetkami i stołami.
Nie pamiętam kiedy tak smakowało mi jedzenie z plastiku, a dokładnie ze styropianu.
Jedzone na podłodze, brudnymi łapami.
Zrobiło mi się dobrze. I spokojniej.
Może da się tu zostać i wrócić jakoś później? Jakoś się nie dało…

Więcej kulinarnych wspomnień nie przywiozłam. Może to jedno było warte kilku mniejszych?
W konsekwencji, dzień po powrocie do domu, odkryłam jeszcze coś…
mówię Wam, kawałek bułki z cheddarem i plasterkiem pomidora jeszcze nigdy mi TAK nie smakował!

Piach ze spodni wytrzepany. Buty wyprane. Torby pochowane.
Zostawiam Was z kilkoma fotkami, przesyłam duuużo słońca i dobrej energii.
Zdecydowanie pora ugotować sobie coś dobrego!


17 komentarzy:

Monika pisze...

Mnie od samego czytania opisu tego miejsca do nurkowania zrobiło się słabo :)
Piękne zdjęcia, kozy mnie urzekły :)
Współczuję przeżyć "jedzeniowych", dla kogoś prowadzącego takiego pięknego bloga kulinarnego musiały być bardzo ciężkie :)

Konwalie w kuchni pisze...

Nam też się to przydarzyło, na Teneryfie! Cieszyłam się, że nie zdecydowaliśmy się na obiady w hotelu. Śniadania były tak paskudne i monotonne, że już po kilku dniach przychodziliśmy z własnym prowiantem;)
A posiłek w okolicach Blue Hole też wspominam bardzo miło:) Było pysznie!
Mam nadzieję, że inne atrakcje złagodziły choć trochę tę gastronomiczną porażkę:)

onionchoco pisze...

Monika - dziękuję za wizytę i dobre słowa. Widzę, że lubisz głęboką wodę równie mocno jak ja :) Co do kóz, to egipskie są wyjątkowo fotogeniczne i mają jedne z najbardziej awangardowych fryzur jakie widziałam!

Konwalie - no własnie, smutna hotelowa rzeczywistość, choć tym razem było naprawdę źle...
Pewnie, co roku tam spędzamy majówkę i słońce potrafi wiele zrekompensować :*

sheandhim+the cat pisze...

gdzie Ty byłaś, na końcu świata? (:
ale tak sobie myślę, że warto zbierać wszystkie wspomnienia, nawet te "niesmaczne". (:

pozdrawiam Cię gorąco!

onionchoco pisze...

she - aż tak daleko nie, to tylko Egipt :) A co do kolekcjonowania to się zgadzam. Te gorsze wspomnienia są najlepszym podłożem dla tych lepszych.
Już za dwa miesiące Czarnogóra, tam jedzenie jest fantastyczne :)
Również gorąco Cię pozdrawiam ♥

kulinarna mekka pisze...

OMG!! czyta sie to strasznie, nie takich przezyc zyczylam!!! :O

ciesze sie, ze przynajmniej raz udalo sie zjesc cos smacznego. ja staram sie na urlopie szukac zawsze ukryte na uboczu, male miejsca, w których siedza "tubylcy" i do tej pory zawsze sie udalo! :D najpyszniejsze jedzonko jadlam u starszej pani na sardynii (ciocia mojego znajomego), która miala wszystko ze swojego ogródka, makaron robila sama, a ryby i owoce morza przynosil jej sasiad (lowil codziennie). myslalam, ze oszaleje i nie odejde nigdy w zyciu od jej stolu... ona cieszyla sie niezmiernie podstawiajac mi co chwile nowe smakolyki... sorry, znowu sie rozpisalam, ale o jedzeniu moglabym tak w kólko! ;-)))

wracajac do tematu: zdjecia sa pieeeeekne!!! kozy modnisie, a kociak jaki slooooodkiiii..... a wielblady po prostu bajeczne! cudowne kolory.

ogladajac twoje zdjecia nabieram ochoty na podróz! :D

pozdrawiam!! basia

onionchoco pisze...

Basia - jak powiedziała she, trzeba zbierać przeżycia. Lądując na egipskim zadupiu ciężko zakręcić się za lokalnym jedzeniem i nie umrzeć :)

Tej Sardynii zazdroszczę, bo kojarzy mi się z jedzeniem, a w połączeniu ze "starszą panią" to już brzmi jak uczta! Podobnie wspominam Chorwację.
Za życzenia i piękne słowa jeszcze raz dziękuję Ci baaardzo ♥

PSsss. Rozpisuj się!

Veggie pisze...

Tak to już jest, z tym jedzeniem poza domem, często trzeba oczekiwania zmniejszyć do minimum, a i tak można się rozczarować. Bardzo możliwe, że najgorsze jedzenie, jest to, które jest gotowane pod turystów, wtedy to ni mydło, ni powidło. A z załączonych obrazków wynika, że ta niekulinarna część urlopu była udana, pozdrawiam i życzę, aby następnym razem było milej :-)

onionchoco pisze...

Veggie - święte słowa. Jak chce się gotować dla wszystkich to nie nadaje się to dla nikogo :)
Niekulinarna część faktycznie udana, a i ta kulinarna "pouczająca". Już dziś wiem, że następnym razem będzie lepiej.
Dzięki za wizytę, pozdrawiam Cię serdecznie.

Agata pisze...

Nam też się tak stało :( ale jakoś daliśmy radę :)
Super zdjęcia !!

onionchoco pisze...

Agata - dziękuje Ci bardzo :) No my też nie popadaliśmy z głodu i tym razem uznajemy to za wielki sukces!
Pozdrawiam Cię serdecznie i zapraszam częściej.

kachna pisze...

Czytalam i usmiechalam sie pod nosem myslac "gdzies to juz przerabialam"...;)Ale tak to juz w zyciu bywa, ze czasami trzeba trafic do kulinarnego piekla aby docenic niebianskie smaki ukryte w pospolitej bule z serem:) A teraz pozostawiam Ci troche czasu na przypomnienie sobie ukladu nowej kuchni i do dziela!;) Buzka:*

onionchoco pisze...

kachna - po prostu dobrze wrócić do domu! Masz rację, teraz pora zabrać się w końcu za robotę. Kuchnia czeka i lada dzień odbieram klucze!
Będzie się działo... mam nadzieję, że mnie to nie zabije :) Trzymaj kciuki.
Buziaki :*

kachna pisze...

Oczywiscie, ze bede trzymac kciuki! Ba! Juz je zacisnelam!:)
No cos Ty, zabic nie zabije... a jak nie zabije to wzmocni;)
Buzka!:*

onionchoco pisze...

Oby! Najgorsze, że to dopiero początek drogi, a ja już jestem ciekawa jak będzie na końcu ;) Zakładajmy, że dotrwam.
Dobre salami to też motywacja!
:*

ewelajna pisze...

W Dahab byłam w lutym. W ciągu dnia piękne słońce i przejrzyste miejsca nurkowe - Bellsów nie zapomnę, a Eel Garden też robi wrażenie...:) .
Wieczorem kurtka zimowa i turban zrobiony z... pareo:). Do tego wizyty w okolicznych knajpkach, bo hotel proponował tylko śniadania - chleb i dżem nadawały się do tego doskonale, pozostałe propozycje, jak opisujesz, ale kolacje zawsze mnie zadowalały. Bywałam tam z polskim przewodnikiem, który wtedy już kilka miesięcy spędził w Dahab, więc wiedział gdzie i co można zjeść.
Uwielbiam Dahab!!!

onionchoco pisze...

ewelajna - dobrze, że chociaż chleb nadawał się do jedzenia, bo u mnie niekoniecznie :) Cieszę się, że dobrze wspominasz wyjazd, bo możesz potęsknić. My już chyba jednak mamy dość i od przyszłego roku będziemy witać maj w innym ciepłym miejscu.
Fajnie, że jesteś! Pozdrowienia.